Czy możemy i czy powinniśmy zmieniać klimat?

Czy możemy i czy powinniśmy zmieniać klimat?

W tym momencie historii jest jasne, że wskutek emisji dymów z kominów i innych zanieczyszczeń tego rodzaju możemy nieumyślnie zmieniać ziemski klimat. Czy możemy go również zmieniać świadomie? Czy istnieje sposób przeciwdziałania niepożądanym wpływom ludzkiej działalności na klimat lub nawet takiej zmiany klimatu, aby spełniał nasze upodobania?

Odpowiedź na to pytanie zależy od dwóch czynników: (1) czy dzisiejsza technika pozwala nam na wywoływanie zmian klimatycznych na wielką skalę i (2) jeśli tak, to jakie polityczne, prawne i etyczne okoliczności brane są pod uwagę?

Większość rozważań dotyczących tego zagadnienia musi mieć na względzie efekt cieplarniany. Oto kilka liczb dla przedstawienia sytuacji. Ponad atmosferą Słońce zalewa nas energią w tempie około 1500 watów na metr kwadratowy – wystarczającym do ciągłego zasilania tostera i czterech żarówek. Podwojenie ilości dwutlenku węgla w atmosferze równoznaczne jest ze zwiększeniem tej liczby mniej więcej o 4 waty na metr kwadratowy. Jest to przybliżony poziom ocieplenia spowodowanego efektem cieplarnianym, jakiego ludzie spodziewają się przy końcu następnego wieku. Lecz duże erupcje wulkaniczne, takie jak wybuch wulkanu Pinatubo w 1993 roku, wprowadzają do stratosfery związki siarki i zwiększają tym samym ilość światła słonecznego odbitego od Ziemi w kosmos. Wybuch Pinatubo spowodował obniżenie dochodzącej energii też mniej więcej o 4 waty na metr kwadratowy i wywołał trzyletnie ogólne ochłodzenie.

Ponieważ klimat jest wrażliwy na zmiany bilansu energetycznego, jeden z proponowanych typów modyfikacji klimatu działałby na zasadzie odbicia większej ilości światła słonecznego w przestrzeń kosmiczną. Jako sposoby przeciwdziałania efektowi cieplarnianemu brane były pod uwagę kosmiczne lustra, kosmiczny pył, flotylle balonów, pył stratosferyczny rozpylany przez boeingi 747 lub zwiększone wytwarzanie sztucznych chmur. Nie są przeprowadzane ani planowane w przyszłości żadne doświadczenia na większą skalę w tej dziedzinie, lecz duże wybuchy wulkaniczne dostarczyły nam naturalnych eksperymentów. Na przykład Pinatubo wprowadził do atmosfery około miliona ton związków siarki. Zmieszanie niektórych z tych związków ze zwykłym paliwem do silników odrzutowych mogłoby dostarczyć do atmosfery siarki w wystarczającej ilości, by zlikwidować efekt cieplarniany. Innymi słowy, taka modyfikacja klimatu leży bezspornie w granicach naszych możliwości.

Pozostaje oczywiście pytanie, jakie jeszcze skutki może mieć to wyemitowanie związków siarki. W tym właśnie sęk. Do tej pory nie dysponujemy właściwie jeszcze taką wiedzą, aby przewidywać z określonym prawdopodobieństwem wpływ gazów szklarniowych na klimat. Z tych samych przyczyn nie potrafimy przewidzieć efektów ubocznych tego rodzaju metod modyfikacji klimatu. Upłynie jeszcze co najmniej dziesięć lat, zanim nasze teorie staną się na tyle dobre, abyśmy mieli jakieś zaufanie do takich przewidywań, i to wydaje się największym technicznym problemem we wszystkich projektach rozwiązań opartych na odbijaniu promieni słonecznych od Ziemi.

Metody drugiego rodzaju dotyczą usuwania dwutlenku węgla z atmosfery. Dotychczas testowana była jedna z nich. Ponieważ wiadomo, że w niektórych obszarach oceanów wzrost fotosyntetyzującego planktonu ograniczony jest przez niedobór żelaza, to nasuwa się pytanie, co by się stało, gdybyśmy po prostu wrzucili żelazo do morza. Plankton powinien rozrastać się, ściągać z powietrza dwutlenek węgla i (mamy taką nadzieję) zabierać go po obumarciu w dół, w głębie oceaniczne. I oto jest kolejna metoda wpływu na klimat, która pozornie wydaje się możliwa do przyjęcia.

W tym wypadku mamy również wyniki przeprowadzonego ostatnio doświadczenia. Grupa badaczy z Moss Landing Marinę Research Lab wrzuciła opiłki żelaza do oceanu w pobliżu wysp Galapagos. Odkryli oni, że żelazo rzeczywiście przyczyniło się do wzrostu fitoplanktonu. Naukowcy stwierdzili bezspornie, że ilość planktonu na badanym obszarze zwiększyła się dziesięciokrotnie. Na przestrzeni kilku kilometrów wokół statku ocean zmienił swój kolor z czysto błękitnego na bladozielony. Jak określił to jeden ze współuczestników, „było to jak żeglowanie po sadzawce dla kaczek”. Tak więc, w ciągu trwającej siedem dni próby usunięto z atmosfery około 100 ton węgla.

Lecz podobnie jak z metodami badań atmosfery, nie wiemy jeszcze wystarczająco dużo o użyźnianiu oceanu, aby określić z całą pewnością, jakie efekty uboczne mogą tu wystąpić. Jedna z sugestii jest taka, że gdy zatrzymamy nawożenie i martwy plankton zatonie, to na większych głębokościach jego rozkład może spowodować rozpad związków azotu, co mogłoby zaburzyć funkcjonowanie większości terenów połowu ryb. Jedynie dalsze badania mogą dać odpowiedź na podobne pytania.

Problemy polityczne związane z modyfikacją klimatu są nawet trudniejsze niż zagadnienia techniczne. Jedna z najbardziej widocznych trudności polega na tym, że obecnie nie ma międzynarodowej grupy mogącej sankcjonować przeprowadzanie zmian klimatycznych na wielką skalę. Niektóre takie grupy opiniodawcze utworzone zostały w wyniku umów – między innymi umowy z Rio czy prawa morza (Law of the Sea) – lecz nie mogą one podejmować decyzji. Ponadto dla lubiącego się procesować narodu, na przykład takiego jak amerykański, zniechęcająca jest sprawa odpowiedzialności. Znajomy prawnik najlepiej podsumował tę sytuację. Zapytałem go, czy zostaniemy oskarżeni, jeśli spróbujemy zrobić coś w tym rodzaju. ,,Na pewno – odpowiedział – lecz zostaniecie również oskarżeni, jeśli tego nie spróbujecie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *